, Kierunek Literatura: O książce

Social Media

Search

O książce

środa, 17 grudnia 2025

Czytając „Ścieżki Północy” Richarda Flanagana, trudno oderwać się od książki, choć niemal każda strona przesycona jest bólem, przemocą i doświadczeniem granicznym. To jedna z tych powieści, które nie uwodzą czytelnika komfortem lektury, lecz siłą moralnego i emocjonalnego ciężaru. Nagrodzona Bookerem w 2014 roku, wyrasta z osobistej historii autora – inspiracją było życie jego ojca, więźnia japońskiego obozu pracy przy budowie tak zwanej Kolei Śmierci, 415-kilometrowej linii łączącej Tajlandię z Birmą, której realizacja pochłonęła życie ponad stu tysięcy jeńców wojennych i cywilnych robotników. Flanagan nie rekonstruuje jednak jedynie zapomnianego fragmentu historii; tworzy literacką medytację nad pamięcią, cierpieniem i ceną, jaką płaci człowiek za przetrwanie.

Akcja powieści rozgrywa się w obozie położonym w sercu tropikalnej dżungli, przestrzeni równie pięknej, co bezlitosnej. Codzienność bohaterów wypełnia praca ponad ludzkie siły, chroniczny głód i systemowa przemoc. W centrum tej rzeczywistości znajduje się Dorrigo Evans, młody australijski chirurg, który próbuje ratować współwięźniów w warunkach niemal całkowitego braku środków. Jego prowizoryczna sala operacyjna, zbudowana z puszek po konserwach, butelek i kradzionych narzędzi, przypomina groteskową karykaturę medycyny, a jednocześnie staje się miejscem heroizmu pozbawionego patosu. Brud, choroby i zapach rozkładających się ciał są wszechobecne. Każdy dzień to walka o przetrwanie, a każda decyzja – zwłaszcza ta podejmowana przez lekarza – niesie konsekwencje moralne i egzystencjalne.

Flanagan opisuje cierpienie z bezlitosną precyzją: wychudzone sylwetki, brutalność okupantów, strach i bezsilność przenikają niemal każdy akapit. A jednak „Ścieżki Północy” nie są jedynie katalogiem okrucieństw. Autor konsekwentnie pyta, co w takich warunkach pozostaje z człowieczeństwa. Czy warto trzymać się moralnych zasad, gdy życie sprowadza się do walki o przetrwanie? Czy pojedynczy gest pomocy ma sens w świecie opartym na przemocy? Dorrigo Evans, rozdarty między rolą lekarza a instynktem samozachowawczym, uosabia człowieka, który widzi bezsens okrucieństwa, a mimo to próbuje postępować przyzwoicie.

Istotnym kontrapunktem dla obozowej rzeczywistości jest wątek miłosny, który Flanagan wplata w narrację z wyczuciem i powściągliwością. Nie służy on ucieczce od wojennej grozy; przeciwnie, uwydatnia tragizm sytuacji, pokazując, jak pamięć o intymnej więzi może być jednocześnie źródłem siły i cierpienia. Miłość w „Ścieżkach Północy” nie jest obietnicą szczęścia, lecz przypomnieniem o utraconym świecie i o tym, kim bohaterowie byli – lub kim mogli się stać – poza realiami obozu. Styl Flanagana pozostaje przy tym niezwykle konsekwentny: surowy i powściągliwy, a jednocześnie pełen sugestywnych obrazów i refleksji nad ludzkim losem.

Tytuł powieści nawiązuje do XVII-wiecznego poety Bashō Matsuo, który wyruszył na północ w poszukiwaniu piękna i samotności, prowadząc swój poetycki dziennik podróży. To intertekstualne nawiązanie nadaje całości dodatkowy wymiar. Podobnie jak Bashō, Dorrigo Evans odbywa podróż – choć jego szlak wiedzie nie ku kontemplacji piękna, lecz przez krajobraz upodlenia, bólu i moralnej niepewności. Flanagan zdaje się pytać wraz z bohaterem, czy w świecie radykalnego cierpienia możliwe jest jeszcze doświadczenie sensu, a jeśli tak – gdzie ono się lokuje: w pamięci, w miłości, w akcie odpowiedzialności za drugiego człowieka?

Dla mnie „Ścieżki Północy” to powieść głęboko wzruszająca i wstrząsająca, która pozostaje w pamięci długo po odłożeniu książki. To historia o człowieku, który w obliczu niewyobrażalnego cierpienia nie poddaje się, o sile przetrwania i nadziei. Gorąco polecam tę książkę każdemu, kto chce spojrzeć literaturze w oczy i poczuć ciężar i piękno życia, nawet w jego najtrudniejszych momentach.


Ścieżki Północy – okładka książki

Richard Flanagan
Ścieżki Północy
Wydawnictwo Czarne 2025
tłum. Maciej Świerkocki

czwartek, 11 grudnia 2025

Od zawsze fascynuje mnie, jak literatura może uchwycić zwykłe życie w jego nieoczywistości, jakby zatrzymywała świat na moment – niczym aparat uchwycający drobną zmianę światła na kuchennym blacie. Karl Ove Knausgård, norweski pisarz i eseista, zyskał międzynarodową sławę dzięki sześciotomowej serii autobiograficznej „Moja walka”, która porównywana bywa do Proustowskiego „W poszukiwaniu straconego czasu”. W jego pisarstwie rozpoznaję tę charakterystyczną mieszankę szczerości, obserwacji i filozoficznego namysłu, jakby autor uważnie odgarniał warstwa po warstwie to, co w życiu zwykle pozostaje niezauważone.

W „Porannej gwieździe” Knausgård porzuca autobiograficzne „ja” na rzecz powieści polifonicznej, w której każdy rozdział opowiedziany jest z perspektywy innej postaci. Akcja toczy się w lecie we współczesnej Norwegii, gdy na niebie pojawia się ogromna, dziwna gwiazda, widoczna przez całą dobę. Jej pojawienie się wywołuje subtelny niepokój w życiu mieszkańców – od pielęgniarki pracującej nocą w szpitalu psychiatrycznym, przez dziennikarza tropiącego morderstwo, po pastorkę zastanawiającą się nad wiarą i własnym małżeństwem. Każdy bohater mierzy się z kryzysem osobistym, duchowym lub egzystencjalnym, a codzienność zyskuje nowy, nieoczekiwany ciężar metafizyczny. Powietrze zagęszcza się, jakby przed nadchodzącą burzą, choć nikt jeszcze nie wie, co dokładnie miałoby nadejść.

Narracja Knausgårda w „Porannej gwieździe” nie rozwija się w klasyczny sposób (tzn. w klasyczny może, ale klasyczny dla Knausgårda). Skupia się na drobnych czynnościach – karmieniu dzieci, rozmowach, pracy – które w zetknięciu z dziwnymi zjawiskami nabierają głębszego, symbolicznego znaczenia. Obserwacje są szczegółowe, sensualne i precyzyjne; autor dokumentuje świat niemal etnograficznie, a jednocześnie poddaje go subtelnej destabilizacji poprzez obecność nadprzyrodzonych wydarzeń: powroty zmarłych, dziwne zachowania zwierząt, anomalie biologiczne. Dzięki temu codzienność staje się przestrzenią niepokoju i zadziwienia, a realizm literacki przesuwa się w stronę metafizycznej refleksji.

Każda postać wnosi własną perspektywę – Arne, ojciec trójki dzieci, mierzy się z chorobą dwubiegunową żony; Kathrine, duchowna, rozważa wątpliwości wiary; Solveig, pielęgniarka, obserwuje życie i śmierć w szpitalnym rytmie. Ich historie splatają się i wzajemnie oddziałują, tworząc obraz świata, który przestaje być stabilny i oczywisty. Polifonia narracji pozwala dostrzec napięcie między codzienną rutyną a tym, co nieprzeniknione, nadając powieści subtelny wymiar egzystencjalny.

Tytułowa gwiazda staje się symbolem przemijania i powracających cykli początku oraz końca, zwiastunem niepokoju i transcendencji. Nie działa jednak jak zwykła metafora, lecz jako realny element świata przedstawionego – obiekt, który po prostu pojawia się na niebie i którego nikt nie potrafi wyjaśnić. Jej obecność wpływa na rzeczywistość w sposób dyskretny, ale wyczuwalny, jak zmiana ciśnienia, którą odczuwa się w ciele wcześniej, niż zauważy się burzowe chmury. Bohaterowie powieści trafiają tym samym w sytuacje, w których ich dotychczasowe sposoby rozumienia świata zawodzą.

Takie zdarzenia nie są spektakularne w sensie gatunkowym, nie prowadzą powieści w stronę horroru czy fantastyki. Wręcz przeciwnie – ich siła polega na tym, że rozgrywają się w pełnym świetle realizmu, wśród rozkładów dyżurów, rytuałów kościelnych, rodzinnych obowiązków. To właśnie w tym codziennym krajobrazie pojawienie się gwiazdy zaczyna działać jak soczewka ujawniająca pęknięcia w zwykłym porządku rzeczy. „Poranna gwiazda” przedstawia świat w stanie zawieszenia – takim, w którym codzienne sceny nagle odsłaniają swoje głębsze, metafizyczne tło.

Styl Knausgårda pozostaje jego znakiem rozpoznawczym – powściągliwy, gęsty w detalach, precyzyjny w psychologicznych obserwacjach. Choć wielogłosowość czasem wymaga od czytelnika cierpliwości, to dzięki niej powieść zyskuje panoramiczny, wielowarstwowy charakter, pozwalający uchwycić ludzkie życie w jego niejednoznaczności. To jak patrzenie na świat przez kilka okien naraz – dopiero złożenie tych widoków daje pełny obraz.

Dla mnie „Poranna gwiazda” to literatura ambitna i odważna – z pozoru powolna, a jednak wciągająca bez reszty. Przypomina długą rozmowę, w której nagle pojawia się temat, jakiego nikt się nie spodziewał, i od którego nie sposób się oderwać. To podróż przez codzienność, w której nagle przebija się niepojęte, a każdy gest i myśl zyskują metafizyczny rezonans. Z czystym sumieniem polecam tę książkę każdemu, kto chce przeżyć literackie doświadczenie subtelnego niepokoju i metafizycznej refleksji, a zarazem zobaczyć mistrzostwo Knausgårda w uchwyceniu życia w całej jego złożoności.



Karl Ove Knausgård
Gwiazda Poranna
Wydawnictwo Literackie 2022
tłum. Iwona Zimnicka

niedziela, 30 listopada 2025

Kiedy odkładam książkę, zazwyczaj potrafię dość szybko wrócić do własnego świata – zamknąć okładkę i zamknąć sprawę. Tym razem jednak dni mijają, a ja wciąż nie mogę się otrząsnąć po lekturze "Tam na niebie są rzeki", najnowszej powieści Elif Shafak. To moje pierwsze spotkanie z jej prozą – brutalne, oszałamiające, zapadające w pamięć. Rzadko zdarza się, by książka otworzyła przede mną tak rozległy pejzaż – geograficzny, historyczny i emocjonalny – i jednocześnie tworzyła spójną, żywą i niepokojącą całość.

Shafak, turecko-brytyjska pisarka, od lat uchodzi za jedną z najważniejszych współczesnych autorek, odważnie mierzącą się z pamięcią, tożsamością i polityką. Jej styl, często określany jako maksymalistyczny, nasycony symboliką, metaforami i intensywnością, potrafi zarówno zachwycić, jak i przytłoczyć. W "Tam na niebie są rzeki" sięga po wszystkie swoje charakterystyczne narzędzia, ale robi to z chirurgiczną precyzją. To jej najbardziej ambitna, wielogłosowa powieść – oscylująca między epopeją, ekologicznym manifestem, studium traumy i fabulą o wodzie, jej pamięci i wędrówkach. 

Konstrukcja książki opiera się na czterech liniach narracyjnych: starożytna Mezopotamia i Niniwa Aszurbanipala, XIX-wieczny Londyn w duchu Dickensa, współczesny Londyn zmagający się z kryzysem klimatycznym oraz południowo-wschodnia Turcja i Irak, świat Jazydów. Każda narracja ma własny rytm i temperaturę, a wszystkie łączą się w jeden nurt. 

Pojedyncza kropla wody spada najpierw w Mezopotamii na włosy Aszurbanipala, władcy zatopionego w księgach i strachu przed ich mocą. W XIX-wiecznym Londynie zmienia się w płatek śniegu trafiający na język dziecka rodzącego się na brudnych nabrzeżach Tamizy. Cofnięta do roli ścieku, rzeka staje się świadkiem narodzin nowoczesności i nędzy. Wiktoriański Londyn w ujęciu Shafak pulsuje mrokiem, fetorem i ludzką biedą – niemal żywcem wyjęty z powieści Dickensa, który zresztą pojawia się w książce jako bohater, a Tamiza staje się miejscem pracy kanalarzy i błotnych poszukiwaczy. Shafak pokazuje, że niszczenie przyrody jest procesem równie historycznym jak urbanizacja – i równie nieodwracalnym. 

W XIX-wiecznych rozdziałach – inspirowanych życiem George’a Smitha – widać obsesję Zachodu na punkcie kolekcjonowania przeszłości, czasem naukową, częściej chciwą. I choć sama uwielbiam muzea, poczułam ukłucie: ile z tego, co tam oglądamy, zostało komuś odebrane? W tej części pojawia się Arthur, postać luźno oparta na biografii Smitha, samouka i jednego z najsłynniejszych asyriologów swojej epoki. Smith zaczynał jako grawer i introligator, by dzięki pasji odkryć fragmenty Eposu o Gilgameszu i trafić do British Museum. Shafak swobodnie korzysta z tej historii, tworząc postać Arthura jako chłopca z nizin, którego talent i upór prowadzą od warsztatów do archiwów, bibliotek, a w końcu na ekspedycje do Azji – w pogoni za przeszłością, która nigdy nie jest niewinna. 

To, co w tej powieści zachwyca najbardziej, to sposób, w jaki Shafak stawia pytania – czasem ledwie zasugerowane, czasem wybrzmiewające wprost: czy mamy prawo do cudzej historii? Kto powinien strzec artefaktów wydartych ziemi, która płonie? Kiedy pomoc staje się kolonializmem, a kiedy odwagą? 

Współczesne wątki koncentrują się na południowo-wschodniej Turcji i północnym Iraku, świecie Jazydów – dziewięcioletniej Narin i jej babce-uzdrowicielce, przechodzących rytualny chrzest w wodach Tygrysu. Obraz masakry Jazydów w 2014 roku – uciekających ludzi,  przerażonych dzieci i kobiet – jest jednym z najbardziej przejmujących opisów ludobójstwa w najnowszej beletrystyce. Shafak nie epatuje przemocą, ale jej nie pomija; pozwala emocjom wybrzmieć. W tle przewijają się także inne współczesne zbrodnie: handel ludźmi, handel organami, wykorzenienie, przesiedlenia. 

Wątek Zaleekhah Clarke, hydrolog, pełni w powieści funkcję łącznika między czasami i przestrzeniami, a zarazem umożliwia refleksję nad tematami pamięci i traumy. Jej obsesja na punkcie wody i przekonanie, że może ona zachowywać wspomnienia, splata ją z historiami Aszurbanipala, Arthura i Narin, tworząc subtelny most między przeszłością a współczesnością. Przeprowadzka na londyńską barkę staje się nie tylko punktem przecięcia losów bohaterów, ale też przestrzenią, w której nauka, mitologia i etyczne dylematy współczesnego świata – od ekologii po migrantów i wykorzenienie – spotykają się w jednym nurcie. Dzięki Zaleekhah Shafak eksploruje, jak indywidualna refleksja i badanie natury mogą prowadzić do głębszego zrozumienia historii, cierpienia i odpowiedzialności człowieka wobec świata.

Powieść wymaga skupienia, choć czyta się ją wspaniale i odwdzięcza się panoramą świata zmieniającego się, rozpadającego i odradzającego w rytmie kolejnych fal. Konstrukcja czterech linii czasowych – choć potencjalnie trudna – pozwala w pełni poczuć przepływ historii, który spaja ludzi, miejsca i wydarzenia. "Tam na niebie są rzeki" płynie długo po zamknięciu książki, zostawiając ślad jak nurt na piasku. Jeśli tak wygląda moje pierwsze spotkanie z Elif Shafak, wiem jedno: nie będzie ostatnie. 


Elif Shafak
Tam na niebie są rzeki
wyd. Poznańskie 2025
tłum. Natalia Wiśniewska

piątek, 28 listopada 2025

W literaturze migracyjnej rzadko spotyka się powieść tak cichą, a zarazem przenikliwą jak "Brooklyn" Colma Tóibína. Autor, znany z powściągliwego stylu i subtelnej empatii wobec bohaterów, opowiada historię Eilis Lacey, młodej Irlandki, która w latach pięćdziesiątych opuszcza Wexford, by rozpocząć nowe życie w Nowym Jorku. Na pierwszy rzut oka fabuła jest prosta: praca w sklepie, kurs rachunkowości, spacery po Brooklynie, wizyty w kościele i rozwijający się związek z Tony’m. Jednak w tej pozornej banalności Tóibín odkrywa codzienność pełną niuansów, w której drobne decyzje nabierają dramatycznej wagi.

Irlandia lat pięćdziesiątych jawi się jako miejsce ograniczonych możliwości, gdzie młode kobiety stoją przed trudnymi wyborami. Brooklyn z kolei oferuje przestrzeń nowych szans, ale i subtelnych wyzwań: relacje społeczne, hierarchia klasowa, rytuały życia imigrantów sprawiają, że Eilis musi negocjować własną tożsamość między starym domem a nowym światem. Tóibín pokazuje, że emigracja oznacza bycie obcym w dwóch miejscach jednocześnie, a proces przystosowania jest pełen drobnych kompromisów i wewnętrznych napięć.

Eilis jako bohaterka nie wyróżnia się dramatyzmem, a mimo to pozostaje postacią głęboko wiarygodną. Jej codzienne wybory – praca, nauka, rozwijanie relacji – stają się kanwą, na której autor portretuje subtelne przemiany psychologiczne. Drobnymi gestami i niewypowiedzianymi słowami Tóibín tworzy postać, której życie zyskuje dramatyczną głębię mimo pozornego spokoju. Nawet zwykłe wycieczki na Coney Island czy mecze baseballowe stają się nośnikami refleksji i wewnętrznego napięcia.

Kontynuacja w postaci "Long Island" przenosi czytelnika dwadzieścia lat później, w połowę lat siedemdziesiątych. Teraz Eilis Fiorello zmaga się z kryzysem małżeńskim, wychowuje nastoletnie dzieci i stawia czoła skomplikowanym relacjom z rodziną męża. Powrót do Enniscorthy z okazji urodzin matki zestawia stare i nowe – tradycję i upór z lokalnymi nowinkami, jak frytkarnia przyjaciółki Nancy. Eilis staje się bardziej świadoma siebie i swoich wyborów; nawet pozornie drobne decyzje mają znaczenie.

Tóibín mistrzowsko prowadzi narrację, przechodząc między perspektywami Eilis, Nancy i Jima Farrella. Bohaterowie drugoplanowi, choć pojawiają się tylko na chwilę, dodają narracji koloru i autentyczności. Cisza, niedopowiedzenia i subtelne gesty sprawiają, że napięcie i emocje są odczuwalne w każdej scenie. Styl autora pozostaje oszczędny, precyzyjny i subtelny – zwyczajne wydarzenia, jak przygotowania do przyjęcia czy rodzinne spotkania, nabierają znaczenia dzięki drobnym obserwacjom i subtelnemu humorowi.

Obie powieści ogromnie mi się podobają. Tworzą subtelne studium życia jednostki, pokazując, że codzienność – choć pozornie zwyczajna – kryje dramat, moralne wybory i złożone relacje. Tóibín potrafi nadać codziennym doświadczeniom rangę literackiego wydarzenia, budując prozę opartą na wnikliwej psychologii i głębokim zrozumieniu ludzkich emocji. Zarówno Brooklyn, jak i Long Island to książki wymagające uważności, nagradzające cierpliwego czytelnika subtelnością obserwacji i emocjonalną siłą narracji.

Dla miłośników literatury pięknej to lektura poruszająca i wciągająca, w której codzienne życie bohaterów staje się pełne znaczeń. Obie powieści warto czytać nie tylko dla opowieści o migracji czy dorastaniu, ale także dla przyjemności obcowania z językiem precyzyjnym, oszczędnym, a jednocześnie pełnym emocji. To literatura, która potrafi wydobyć niezwykłość z pozornie zwykłego życia i zostaje w pamięci na długo po odłożeniu książki.

Brooklyn, Long Island, Colm Tóibín, wyd. Rebis, tłum. Jerzy Kozłowski

Kierunek Literatura © kierunekliteratura.pl