środa, 14 stycznia 2026
Świat przedstawiony w powieści „Wybrany”, walijskiej pisarki Bernice Rubens, można w jakimś stopniu porównać do tego jaki zwykł malować Franz Kafka. Świat podzielony na dwa bieguny: absurd sytuacji i logikę.
To porównanie nie jest przypadkowe. Rubens – podobnie jak Kafka – bierze na warsztat codzienność, pozornie uporządkowaną i racjonalną, by pod cienką warstwą normalności odsłonić pęknięcia, lęki i obsesje. Jej proza wyrasta z konkretnego doświadczenia społecznego i osobistego: walijskiego, żydowskiego domu, powojennej Anglii, świata, który próbuje się leczyć z traum, ale nie do końca potrafi o nich mówić. Pisarka, urodzona w 1923 roku w Cardiff, dorastała w rodzinie o silnych więzach i równie silnych napięciach – motyw rodziny jako źródła zarówno bezpieczeństwa, jak i destrukcji powraca w jej twórczości obsesyjnie, osiągając w „Wybranym” formę niemal modelową.
Bo oto Norman Zweck, inteligentny, młody, dobrze rokujący prawnik wszędzie widzi rybiki cukrowe. Natrętne myśli o maleńkich, srebrzystych robaczkach wędrujących sobie po ciemnych zakamarkach mieszkania bezustannie wracają do niego i nie odstępują nawet na chwilę. Każda próba powstrzymania się od nich wiąże się z narastającym lękiem, lub niepokojem. W takiej chwili Norman chwyta pościel i biegnie do łazienki zalać ją gorącą wodą. Własne ciało traktuje butelką Dettolu i małymi okrągłymi tabletkami. Norman cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, uzależnienie od narkotyków, a także na „własną rodzinę”.
Postać Normana staje się u Rubens czymś więcej niż jednostkowym przypadkiem choroby. To figura człowieka nowoczesnego, uwikłanego w sprzeczne oczekiwania: ma być racjonalny, skuteczny, „wybrany” do sukcesu, a jednocześnie tłumić wszystko to, co niewygodne, irracjonalne i wstydliwe. Obsesja czystości, potrzeba kontrolowania ciała i przestrzeni, narkotyczne ucieczki – wszystko to można czytać zarówno dosłownie, jak i metaforycznie, jako rozpaczliwą próbę poradzenia sobie z nadmiarem presji. W tle pobrzmiewa także kontekst lat 60. i 70. XX wieku, kiedy o chorobach psychicznych mówiono szeptem, a leczenie często oznaczało izolację zamiast zrozumienia.
„[…]o ile […] pacjenci doznali zaburzeń, to nader często właśnie ich rodziny okazywały się zaburzające.”
Ten cytat mógłby posłużyć za motto całej powieści. Rodzina Zwecków jest bowiem osobnym, dusznym mikroświatem, w którym role zostały rozdane dawno temu, a każdy gest miłości splata się z kontrolą, winą i niespełnieniem. Ojciec, złamany i bezradny, siostra – pełna żalu i frustracji – nie są jedynie ofiarami upadku Normana, ale współuczestnikami dramatu, który rozgrywał się latami, niemal niezauważalnie. Rubens z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak blisko jest od troski do przemocy emocjonalnej.
Bernice Rubens udało się zamknąć ciekawy temat w niebanalnej konstrukcji. „Wybrany” to jakby poznawanie losów bohatera trochę od końca. Już od pierwszej strony dobrze wiemy, co przydarzyło się Normanowi: szaleństwo i uzależnienie. Ze smutkiem przyglądamy się konsekwencjom jego czynów: rozbitemu ojcu, oraz sfrustrowanej siostrze. Im bardziej się zagłębiamy w powieść, tym mocniej dociekamy przyczyn takiego stanu rzeczy. Pisarka fenomenalnie odkrywa przed nami tajemnice rodzinne, oraz toksyczne więzi między poszczególnymi bohaterami.
Taka odwrócona perspektywa narracyjna sprawia, że „Wybrany” nie jest historią upadku, lecz raczej śledztwem. Czytelnik, pozbawiony złudzeń co do finału, skupia się na drobnych pęknięciach, pozornie niewinnych decyzjach i słowach, które z czasem układają się w spójną, choć bolesną całość. Rubens unika taniego dramatyzmu – zamiast tego buduje napięcie poprzez niedopowiedzenia i psychologiczną wiarygodność. Każda kolejna warstwa przeszłości odsłania się powoli, z wyczuciem, jakby sama autorka obawiała się zbyt gwałtownego naruszenia kruchej równowagi bohaterów.
Rubens świetnie maluje portrety swoich bohaterów, niezwykle subtelnie i trafnie obrazuje ich uczucia, świat wewnętrzny, kreśli zagadki zranionych i zagubionych umysłów, tym samym budząc w czytelniku współczucie i zrozumienie zarazem. Żeby było jeszcze ciekawiej, takie mieszane uczucia przełamywane są uśmiechem. Niełatwy temat, okropiony został odrobiną groteski i szczyptą brytyjskiego humoru, co świadczy o naprawdę interesującym stylu autorki. I to właśnie ta powieść otrzymała jedną z pierwszych Nagród Bookera w 1970 roku!
Ten humor – suchy, momentami okrutny, ale zawsze celny – działa jak wentyl bezpieczeństwa. Dzięki niemu „Wybrany” nie przytłacza, lecz wciąga, pozwalając czytelnikowi oddychać nawet w najbardziej klaustrofobicznych momentach. Rubens pokazuje, że śmiech i rozpacz często idą w parze, a groteska bywa najuczciwszym sposobem mówienia o cierpieniu. Nagroda Bookera, przyznana powieści w 1970 roku, nie była więc jedynie wyróżnieniem formalnym, lecz docenieniem odwagi w podejmowaniu tematów wówczas wciąż niewygodnych i marginalizowanych.
Na końcu zostaję z poczuciem, że „Wybrany” to książka wciąż aktualna i bardzo potrzebna; poleciłabym ją szczególnie tym czytelnikom, którzy cenią literaturę psychologiczną, nieoczywistą narrację i historie, w których rodzinne sekrety okazują się kluczem do zrozumienia ludzkiego szaleństwa.
wtorek, 6 stycznia 2026
Jednym z najtrwalszych złudzeń współczesnej kultury jest przekonanie, że świat, który opisywał Dickens, należy już wyłącznie do historii. „Demon Copperhead” Barbary Kingsolver podważa to przeświadczenie, przenosząc strukturę „Davida Copperfielda” do współczesnych Appalachów i pokazując, że mechanizmy nierówności nie zniknęły — zmieniły jedynie scenerię.
Kingsolver nie interesuje jednak sama aktualizacja powieści Dickensa, ani literackie przeniesienie klasycznej fabuły we współczesne realia. Szybko okazuje się, że „Demon Copperhead” nie jest powieścią o dialogu z tradycją, lecz o konkretnym życiu, które toczy się daleko od centrów uwagi. Appalachy nie pełnią tu roli symbolu ani dekoracji — są miejscem, w którym codzienność wystawia każdą opowieść o dorastaniu na próbę.
Demon Fields rodzi się w przyczepie, w świecie, w którym bezpieczeństwo bywa raczej chwilą niż trwałym stanem, a przyszłość pozostaje mglistą obietnicą. Jego dzieciństwo upływa pod znakiem braków: pieniędzy, stabilności, dorosłych zdolnych unieść odpowiedzialność. Matka, zmagająca się z uzależnieniem, kocha go na tyle, na ile pozwala jej choroba. Instytucje, które pojawiają się w jego życiu, działają poprawnie — zgodnie z procedurą — i właśnie dlatego zawodzą. Opieka zastępcza, szkoła, lokalna wspólnota tworzą krajobraz, w którym dorastanie oznacza nieustanne balansowanie na granicy utraty.
A jednak „Demon Copperhead” nie jest powieścią przytłaczającą. Decyduje o tym narracyjny głos bohatera: inteligentny, ironiczny, zaskakująco czuły. Demon opowiada swoją historię językiem, który nie ucieka od bólu, ale nie pozwala mu przejąć kontroli. Jest w nim humor, autoironia, dziecięca logika i nastoletnia bystrość — wszystko to sprawia, że czytelnik nie tyle obserwuje społeczne problemy, ile spotyka konkretnego człowieka.
Kryzys opioidowy, ubóstwo przekazywane z pokolenia na pokolenie, niewydolność systemu opieki nie pojawiają się tu jako hasła czy tezy. Są częścią codzienności — czymś, co po prostu się zdarza i z czym trzeba sobie jakoś radzić. Demon nie „reprezentuje problemów”. Chce rysować, zakochiwać się, oddychać bez ciągłego napięcia. Właśnie ta zwyczajność jego pragnień sprawia, że książka działa tak mocno. Historia chłopca staje się cichym oskarżeniem świata, który nie potrafi zapewnić nawet tak podstawowych rzeczy.
Relacja z Dickensem pozostaje wyraźna, ale nie dominuje narracji. „David Copperfield” był opowieścią o dorastaniu w świecie niesprawiedliwości, lecz podszytą wiarą w moralny postęp i indywidualną sprawczość. „Demon Copperhead” funkcjonuje w innym porządku. Tu dobre intencje często okazują się niewystarczające, a wysiłek nie zawsze prowadzi do nagrody. Mimo to oba teksty łączy przekonanie, że opowiedzenie własnej historii ma znaczenie — nawet jeśli nie zmienia świata, to pozwala lepiej zrozumieć własne miejsce w nim.
Największą siłą prozy Kingsolver pozostaje jej ton. Autorka nie podnosi głosu ani nie szuka efektownych oskarżeń. Zamiast tego uważnie przygląda się swoim bohaterom i pozwala im mówić we własnym tempie. Demon patrzy na świat z ironią, czasem z dystansem, czasem z czułością, jakby humor był dla niego sposobem na utrzymanie równowagi. Dzięki temu ciężar tej historii nie uderza od razu — osiada powoli, zostając z czytelnikiem na długo po zakończeniu lektury.
„Demon Copperhead” jest powieścią istotną nie tylko ze względu na literacki kunszt czy nagrody, które zdobyła. Jej znaczenie polega na tym, że opowiada historię życia toczącego się z dala od centrum i robi to bez uproszczeń, bez łatwych skrótów myślowych. Po jej przeczytaniu trudniej wrócić do wygodnych wyobrażeń o świecie, w którym nierówność da się łatwo zbyć wzruszeniem ramion. To jedna z tych książek, które nie tyle przekonują, ile zostawiają ślad — i właśnie w tym tkwi ich siła.
środa, 17 grudnia 2025
Czytając „Ścieżki Północy” Richarda Flanagana, trudno oderwać się od książki, choć niemal każda strona przesycona jest bólem, przemocą i doświadczeniem granicznym. To jedna z tych powieści, które nie uwodzą czytelnika komfortem lektury, lecz siłą moralnego i emocjonalnego ciężaru. Nagrodzona Bookerem w 2014 roku, wyrasta z osobistej historii autora – inspiracją było życie jego ojca, więźnia japońskiego obozu pracy przy budowie tak zwanej Kolei Śmierci, 415-kilometrowej linii łączącej Tajlandię z Birmą, której realizacja pochłonęła życie ponad stu tysięcy jeńców wojennych i cywilnych robotników. Flanagan nie rekonstruuje jednak jedynie zapomnianego fragmentu historii; tworzy literacką medytację nad pamięcią, cierpieniem i ceną, jaką płaci człowiek za przetrwanie.
Akcja powieści rozgrywa się w obozie położonym w sercu tropikalnej dżungli, przestrzeni równie pięknej, co bezlitosnej. Codzienność bohaterów wypełnia praca ponad ludzkie siły, chroniczny głód i systemowa przemoc. W centrum tej rzeczywistości znajduje się Dorrigo Evans, młody australijski chirurg, który próbuje ratować współwięźniów w warunkach niemal całkowitego braku środków. Jego prowizoryczna sala operacyjna, zbudowana z puszek po konserwach, butelek i kradzionych narzędzi, przypomina groteskową karykaturę medycyny, a jednocześnie staje się miejscem heroizmu pozbawionego patosu. Brud, choroby i zapach rozkładających się ciał są wszechobecne. Każdy dzień to walka o przetrwanie, a każda decyzja – zwłaszcza ta podejmowana przez lekarza – niesie konsekwencje moralne i egzystencjalne.
Flanagan opisuje cierpienie z bezlitosną precyzją: wychudzone sylwetki, brutalność okupantów, strach i bezsilność przenikają niemal każdy akapit. A jednak „Ścieżki Północy” nie są jedynie katalogiem okrucieństw. Autor konsekwentnie pyta, co w takich warunkach pozostaje z człowieczeństwa. Czy warto trzymać się moralnych zasad, gdy życie sprowadza się do walki o przetrwanie? Czy pojedynczy gest pomocy ma sens w świecie opartym na przemocy? Dorrigo Evans, rozdarty między rolą lekarza a instynktem samozachowawczym, uosabia człowieka, który widzi bezsens okrucieństwa, a mimo to próbuje postępować przyzwoicie.
Istotnym kontrapunktem dla obozowej rzeczywistości jest wątek miłosny, który Flanagan wplata w narrację z wyczuciem i powściągliwością. Nie służy on ucieczce od wojennej grozy; przeciwnie, uwydatnia tragizm sytuacji, pokazując, jak pamięć o intymnej więzi może być jednocześnie źródłem siły i cierpienia. Miłość w „Ścieżkach Północy” nie jest obietnicą szczęścia, lecz przypomnieniem o utraconym świecie i o tym, kim bohaterowie byli – lub kim mogli się stać – poza realiami obozu. Styl Flanagana pozostaje przy tym niezwykle konsekwentny: surowy i powściągliwy, a jednocześnie pełen sugestywnych obrazów i refleksji nad ludzkim losem.
Tytuł powieści nawiązuje do XVII-wiecznego poety Bashō Matsuo, który wyruszył na północ w poszukiwaniu piękna i samotności, prowadząc swój poetycki dziennik podróży. To intertekstualne nawiązanie nadaje całości dodatkowy wymiar. Podobnie jak Bashō, Dorrigo Evans odbywa podróż – choć jego szlak wiedzie nie ku kontemplacji piękna, lecz przez krajobraz upodlenia, bólu i moralnej niepewności. Flanagan zdaje się pytać wraz z bohaterem, czy w świecie radykalnego cierpienia możliwe jest jeszcze doświadczenie sensu, a jeśli tak – gdzie ono się lokuje: w pamięci, w miłości, w akcie odpowiedzialności za drugiego człowieka?
Dla mnie „Ścieżki Północy” to powieść głęboko wzruszająca i wstrząsająca, która pozostaje w pamięci długo po odłożeniu książki. To historia o człowieku, który w obliczu niewyobrażalnego cierpienia nie poddaje się, o sile przetrwania i nadziei. Gorąco polecam tę książkę każdemu, kto chce spojrzeć literaturze w oczy i poczuć ciężar i piękno życia, nawet w jego najtrudniejszych momentach.
czwartek, 11 grudnia 2025
Od zawsze fascynuje mnie, jak literatura może uchwycić zwykłe życie w jego nieoczywistości, jakby zatrzymywała świat na moment – niczym aparat uchwycający drobną zmianę światła na kuchennym blacie. Karl Ove Knausgård, norweski pisarz i eseista, zyskał międzynarodową sławę dzięki sześciotomowej serii autobiograficznej „Moja walka”, która porównywana bywa do Proustowskiego „W poszukiwaniu straconego czasu”. W jego pisarstwie rozpoznaję tę charakterystyczną mieszankę szczerości, obserwacji i filozoficznego namysłu, jakby autor uważnie odgarniał warstwa po warstwie to, co w życiu zwykle pozostaje niezauważone.
W „Porannej gwieździe” Knausgård porzuca autobiograficzne „ja” na rzecz powieści polifonicznej, w której każdy rozdział opowiedziany jest z perspektywy innej postaci. Akcja toczy się w lecie we współczesnej Norwegii, gdy na niebie pojawia się ogromna, dziwna gwiazda, widoczna przez całą dobę. Jej pojawienie się wywołuje subtelny niepokój w życiu mieszkańców – od pielęgniarki pracującej nocą w szpitalu psychiatrycznym, przez dziennikarza tropiącego morderstwo, po pastorkę zastanawiającą się nad wiarą i własnym małżeństwem. Każdy bohater mierzy się z kryzysem osobistym, duchowym lub egzystencjalnym, a codzienność zyskuje nowy, nieoczekiwany ciężar metafizyczny. Powietrze zagęszcza się, jakby przed nadchodzącą burzą, choć nikt jeszcze nie wie, co dokładnie miałoby nadejść.
Narracja Knausgårda w „Porannej gwieździe” nie rozwija się w klasyczny sposób (tzn. w klasyczny może, ale klasyczny dla Knausgårda). Skupia się na drobnych czynnościach – karmieniu dzieci, rozmowach, pracy – które w zetknięciu z dziwnymi zjawiskami nabierają głębszego, symbolicznego znaczenia. Obserwacje są szczegółowe, sensualne i precyzyjne; autor dokumentuje świat niemal etnograficznie, a jednocześnie poddaje go subtelnej destabilizacji poprzez obecność nadprzyrodzonych wydarzeń: powroty zmarłych, dziwne zachowania zwierząt, anomalie biologiczne. Dzięki temu codzienność staje się przestrzenią niepokoju i zadziwienia, a realizm literacki przesuwa się w stronę metafizycznej refleksji.
Każda postać wnosi własną perspektywę – Arne, ojciec trójki dzieci, mierzy się z chorobą dwubiegunową żony; Kathrine, duchowna, rozważa wątpliwości wiary; Solveig, pielęgniarka, obserwuje życie i śmierć w szpitalnym rytmie. Ich historie splatają się i wzajemnie oddziałują, tworząc obraz świata, który przestaje być stabilny i oczywisty. Polifonia narracji pozwala dostrzec napięcie między codzienną rutyną a tym, co nieprzeniknione, nadając powieści subtelny wymiar egzystencjalny.
Tytułowa gwiazda staje się symbolem przemijania i powracających cykli początku oraz końca, zwiastunem niepokoju i transcendencji. Nie działa jednak jak zwykła metafora, lecz jako realny element świata przedstawionego – obiekt, który po prostu pojawia się na niebie i którego nikt nie potrafi wyjaśnić. Jej obecność wpływa na rzeczywistość w sposób dyskretny, ale wyczuwalny, jak zmiana ciśnienia, którą odczuwa się w ciele wcześniej, niż zauważy się burzowe chmury. Bohaterowie powieści trafiają tym samym w sytuacje, w których ich dotychczasowe sposoby rozumienia świata zawodzą.
Takie zdarzenia nie są spektakularne w sensie gatunkowym, nie prowadzą powieści w stronę horroru czy fantastyki. Wręcz przeciwnie – ich siła polega na tym, że rozgrywają się w pełnym świetle realizmu, wśród rozkładów dyżurów, rytuałów kościelnych, rodzinnych obowiązków. To właśnie w tym codziennym krajobrazie pojawienie się gwiazdy zaczyna działać jak soczewka ujawniająca pęknięcia w zwykłym porządku rzeczy. „Poranna gwiazda” przedstawia świat w stanie zawieszenia – takim, w którym codzienne sceny nagle odsłaniają swoje głębsze, metafizyczne tło.
Styl Knausgårda pozostaje jego znakiem rozpoznawczym – powściągliwy, gęsty w detalach, precyzyjny w psychologicznych obserwacjach. Choć wielogłosowość czasem wymaga od czytelnika cierpliwości, to dzięki niej powieść zyskuje panoramiczny, wielowarstwowy charakter, pozwalający uchwycić ludzkie życie w jego niejednoznaczności. To jak patrzenie na świat przez kilka okien naraz – dopiero złożenie tych widoków daje pełny obraz.
Dla mnie „Poranna gwiazda” to literatura ambitna i odważna – z pozoru powolna, a jednak wciągająca bez reszty. Przypomina długą rozmowę, w której nagle pojawia się temat, jakiego nikt się nie spodziewał, i od którego nie sposób się oderwać. To podróż przez codzienność, w której nagle przebija się niepojęte, a każdy gest i myśl zyskują metafizyczny rezonans. Z czystym sumieniem polecam tę książkę każdemu, kto chce przeżyć literackie doświadczenie subtelnego niepokoju i metafizycznej refleksji, a zarazem zobaczyć mistrzostwo Knausgårda w uchwyceniu życia w całej jego złożoności.
niedziela, 30 listopada 2025
Kiedy odkładam książkę, zazwyczaj potrafię dość szybko wrócić do własnego świata – zamknąć okładkę i zamknąć sprawę. Tym razem jednak dni mijają, a ja wciąż nie mogę się otrząsnąć po lekturze "Tam na niebie są rzeki", najnowszej powieści Elif Shafak. To moje pierwsze spotkanie z jej prozą – brutalne, oszałamiające, zapadające w pamięć. Rzadko zdarza się, by książka otworzyła przede mną tak rozległy pejzaż – geograficzny, historyczny i emocjonalny – i jednocześnie tworzyła spójną, żywą i niepokojącą całość.
Shafak, turecko-brytyjska pisarka, od lat uchodzi za jedną z najważniejszych współczesnych autorek, odważnie mierzącą się z pamięcią, tożsamością i polityką. Jej styl, często określany jako maksymalistyczny, nasycony symboliką, metaforami i intensywnością, potrafi zarówno zachwycić, jak i przytłoczyć. W "Tam na niebie są rzeki" sięga po wszystkie swoje charakterystyczne narzędzia, ale robi to z chirurgiczną precyzją. To jej najbardziej ambitna, wielogłosowa powieść – oscylująca między epopeją, ekologicznym manifestem, studium traumy i fabulą o wodzie, jej pamięci i wędrówkach.
Konstrukcja książki opiera się na czterech liniach narracyjnych: starożytna Mezopotamia i Niniwa Aszurbanipala, XIX-wieczny Londyn w duchu Dickensa, współczesny Londyn zmagający się z kryzysem klimatycznym oraz południowo-wschodnia Turcja i Irak, świat Jazydów. Każda narracja ma własny rytm i temperaturę, a wszystkie łączą się w jeden nurt.
Pojedyncza kropla wody spada najpierw w Mezopotamii na włosy Aszurbanipala, władcy zatopionego w księgach i strachu przed ich mocą. W XIX-wiecznym Londynie zmienia się w płatek śniegu trafiający na język dziecka rodzącego się na brudnych nabrzeżach Tamizy. Cofnięta do roli ścieku, rzeka staje się świadkiem narodzin nowoczesności i nędzy. Wiktoriański Londyn w ujęciu Shafak pulsuje mrokiem, fetorem i ludzką biedą – niemal żywcem wyjęty z powieści Dickensa, który zresztą pojawia się w książce jako bohater, a Tamiza staje się miejscem pracy kanalarzy i błotnych poszukiwaczy. Shafak pokazuje, że niszczenie przyrody jest procesem równie historycznym jak urbanizacja – i równie nieodwracalnym.
W XIX-wiecznych rozdziałach – inspirowanych życiem George’a Smitha – widać obsesję Zachodu na punkcie kolekcjonowania przeszłości, czasem naukową, częściej chciwą. I choć sama uwielbiam muzea, poczułam ukłucie: ile z tego, co tam oglądamy, zostało komuś odebrane? W tej części pojawia się Arthur, postać luźno oparta na biografii Smitha, samouka i jednego z najsłynniejszych asyriologów swojej epoki. Smith zaczynał jako grawer i introligator, by dzięki pasji odkryć fragmenty Eposu o Gilgameszu i trafić do British Museum. Shafak swobodnie korzysta z tej historii, tworząc postać Arthura jako chłopca z nizin, którego talent i upór prowadzą od warsztatów do archiwów, bibliotek, a w końcu na ekspedycje do Azji – w pogoni za przeszłością, która nigdy nie jest niewinna.
To, co w tej powieści zachwyca najbardziej, to sposób, w jaki Shafak stawia pytania – czasem ledwie zasugerowane, czasem wybrzmiewające wprost: czy mamy prawo do cudzej historii? Kto powinien strzec artefaktów wydartych ziemi, która płonie? Kiedy pomoc staje się kolonializmem, a kiedy odwagą?
Współczesne wątki koncentrują się na południowo-wschodniej Turcji i północnym Iraku, świecie Jazydów – dziewięcioletniej Narin i jej babce-uzdrowicielce, przechodzących rytualny chrzest w wodach Tygrysu. Obraz masakry Jazydów w 2014 roku – uciekających ludzi, przerażonych dzieci i kobiet – jest jednym z najbardziej przejmujących opisów ludobójstwa w najnowszej beletrystyce. Shafak nie epatuje przemocą, ale jej nie pomija; pozwala emocjom wybrzmieć. W tle przewijają się także inne współczesne zbrodnie: handel ludźmi, handel organami, wykorzenienie, przesiedlenia.
Wątek Zaleekhah Clarke, hydrolog, pełni w powieści funkcję łącznika między czasami i przestrzeniami, a zarazem umożliwia refleksję nad tematami pamięci i traumy. Jej obsesja na punkcie wody i przekonanie, że może ona zachowywać wspomnienia, splata ją z historiami Aszurbanipala, Arthura i Narin, tworząc subtelny most między przeszłością a współczesnością. Przeprowadzka na londyńską barkę staje się nie tylko punktem przecięcia losów bohaterów, ale też przestrzenią, w której nauka, mitologia i etyczne dylematy współczesnego świata – od ekologii po migrantów i wykorzenienie – spotykają się w jednym nurcie. Dzięki Zaleekhah Shafak eksploruje, jak indywidualna refleksja i badanie natury mogą prowadzić do głębszego zrozumienia historii, cierpienia i odpowiedzialności człowieka wobec świata.
Powieść wymaga skupienia, choć czyta się ją wspaniale i odwdzięcza się panoramą świata zmieniającego się, rozpadającego i odradzającego w rytmie kolejnych fal. Konstrukcja czterech linii czasowych – choć potencjalnie trudna – pozwala w pełni poczuć przepływ historii, który spaja ludzi, miejsca i wydarzenia. "Tam na niebie są rzeki" płynie długo po zamknięciu książki, zostawiając ślad jak nurt na piasku. Jeśli tak wygląda moje pierwsze spotkanie z Elif Shafak, wiem jedno: nie będzie ostatnie.
piątek, 28 listopada 2025
W literaturze migracyjnej rzadko spotyka się powieść tak cichą, a zarazem przenikliwą jak "Brooklyn" Colma Tóibína. Autor, znany z powściągliwego stylu i subtelnej empatii wobec bohaterów, opowiada historię Eilis Lacey, młodej Irlandki, która w latach pięćdziesiątych opuszcza Wexford, by rozpocząć nowe życie w Nowym Jorku. Na pierwszy rzut oka fabuła jest prosta: praca w sklepie, kurs rachunkowości, spacery po Brooklynie, wizyty w kościele i rozwijający się związek z Tony’m. Jednak w tej pozornej banalności Tóibín odkrywa codzienność pełną niuansów, w której drobne decyzje nabierają dramatycznej wagi.
Irlandia lat pięćdziesiątych jawi się jako miejsce ograniczonych możliwości, gdzie młode kobiety stoją przed trudnymi wyborami. Brooklyn z kolei oferuje przestrzeń nowych szans, ale i subtelnych wyzwań: relacje społeczne, hierarchia klasowa, rytuały życia imigrantów sprawiają, że Eilis musi negocjować własną tożsamość między starym domem a nowym światem. Tóibín pokazuje, że emigracja oznacza bycie obcym w dwóch miejscach jednocześnie, a proces przystosowania jest pełen drobnych kompromisów i wewnętrznych napięć.
Eilis jako bohaterka nie wyróżnia się dramatyzmem, a mimo to pozostaje postacią głęboko wiarygodną. Jej codzienne wybory – praca, nauka, rozwijanie relacji – stają się kanwą, na której autor portretuje subtelne przemiany psychologiczne. Drobnymi gestami i niewypowiedzianymi słowami Tóibín tworzy postać, której życie zyskuje dramatyczną głębię mimo pozornego spokoju. Nawet zwykłe wycieczki na Coney Island czy mecze baseballowe stają się nośnikami refleksji i wewnętrznego napięcia.
Kontynuacja w postaci "Long Island" przenosi czytelnika dwadzieścia lat później, w połowę lat siedemdziesiątych. Teraz Eilis Fiorello zmaga się z kryzysem małżeńskim, wychowuje nastoletnie dzieci i stawia czoła skomplikowanym relacjom z rodziną męża. Powrót do Enniscorthy z okazji urodzin matki zestawia stare i nowe – tradycję i upór z lokalnymi nowinkami, jak frytkarnia przyjaciółki Nancy. Eilis staje się bardziej świadoma siebie i swoich wyborów; nawet pozornie drobne decyzje mają znaczenie.
Tóibín mistrzowsko prowadzi narrację, przechodząc między perspektywami Eilis, Nancy i Jima Farrella. Bohaterowie drugoplanowi, choć pojawiają się tylko na chwilę, dodają narracji koloru i autentyczności. Cisza, niedopowiedzenia i subtelne gesty sprawiają, że napięcie i emocje są odczuwalne w każdej scenie. Styl autora pozostaje oszczędny, precyzyjny i subtelny – zwyczajne wydarzenia, jak przygotowania do przyjęcia czy rodzinne spotkania, nabierają znaczenia dzięki drobnym obserwacjom i subtelnemu humorowi.
Obie powieści ogromnie mi się podobają. Tworzą subtelne studium życia jednostki, pokazując, że codzienność – choć pozornie zwyczajna – kryje dramat, moralne wybory i złożone relacje. Tóibín potrafi nadać codziennym doświadczeniom rangę literackiego wydarzenia, budując prozę opartą na wnikliwej psychologii i głębokim zrozumieniu ludzkich emocji. Zarówno Brooklyn, jak i Long Island to książki wymagające uważności, nagradzające cierpliwego czytelnika subtelnością obserwacji i emocjonalną siłą narracji.
Dla miłośników literatury pięknej to lektura poruszająca i wciągająca, w której codzienne życie bohaterów staje się pełne znaczeń. Obie powieści warto czytać nie tylko dla opowieści o migracji czy dorastaniu, ale także dla przyjemności obcowania z językiem precyzyjnym, oszczędnym, a jednocześnie pełnym emocji. To literatura, która potrafi wydobyć niezwykłość z pozornie zwykłego życia i zostaje w pamięci na długo po odłożeniu książki.
Brooklyn, Long Island, Colm Tóibín, wyd. Rebis, tłum. Jerzy Kozłowski
niedziela, 16 listopada 2025
Autentyczność.
To pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy po przeczytaniu "Nocnego czuwania" brytyjskiej autorki Sarah Moss. Książka, której opis wydawnictwa nasuwa początkowo myśl o powieści kryminalnej czy wręcz gotyckiej historii z wyspiarskim mrokiem w tle, okazuje się — na szczęście — czymś znacznie ciekawszym: gęstym, boleśnie prawdziwym, przenikliwie zabawnym portretem rodzicielstwa. Moss pisze o zmaganiu kariery z macierzyństwem w sposób niezwykle inteligentny, a przy tym pełnym autoironii. I być może właśnie to wrażenie absolutnej szczerości wynika z kreacji głównej bohaterki Anny Bennett — postaci, której nie sposób nie łączyć z samą autorką, choć Moss w wywiadach konsekwentnie unika prostych autobiograficznych odczytań.
Moss urodziła się w Szkocji, dorastała w Manchesterze, a następnie spędziła dekadę na Uniwersytecie Oksfordzkim, zdobywając kolejne stopnie naukowe z literatury angielskiej. Jest matką — i nie da się uciec od wrażenia, że jej doświadczenie przeplatania kariery akademickiej z wczesnym macierzyństwem odcisnęło się na całej jej twórczości. Głos Anny Bennett jest głosem kobiety na wskroś prawdziwej, brutalnie szczerej, zabawnej, sarkastycznej i bezlitośnie samoświadomej — jednocześnie znużonej i zachwyconej życiem, do którego została wrzucona bez instrukcji obsługi.
Anna jest historyczką i stypendystką z Oksfordu, która wraz z rodziną spędza lato na Colsay — fikcyjnej, bezludnej szkockiej wyspie należącej do rodziny jej męża, arystokratycznego ornitologa Gilesa. W intencji młodego małżeństwa pobyt na wyspie miał być czasem twórczej pracy: ona pisze książkę o osiemnastowiecznych koncepcjach dzieciństwa, on liczy maskonury, z zapałem godnym człowieka, który nigdy nie słyszał o problemach dnia codziennego. Wszystko mogłoby się pięknie ułożyć — gdyby nie to, co Moss uchwyciła z chirurgiczną precyzją: proza życia.
Siedmioletni Raph, żywo zafascynowany katastrofą klimatyczną, z uporem budujący w Lego kolejne modele świata po upadku cywilizacji, oraz jego młodszy brat Moth — mały człowiek w potrzebie, uzależniony od ciastek, książek obrazkowych i nocnego płaczu — tworzą duet, który potrafi skutecznie sabotować każdy twórczy plan matki. Nocne zawodzenie Motha jest wystarczająco głośne, by zbudzić Annę, lecz z niezrozumiałych biologicznych przyczyn nie dociera do uszu ojca, który śpi snem sprawiedliwego. Moth jawi się chwilami jak wymagający, acz pełen uroku mały oprawca — i to w najlepszym znaczeniu literackiej metafory rodzicielskiego chaosu.
Anna, chronicznie niewyspana, miotająca się między ambicją a obowiązkiem, staje się narratorką, której wierzymy bez zastrzeżeń, bo w jej frustracjach, nadziejach i małych codziennych klęskach odbija się coś uniwersalnego. Moss doskonale uchwyciła doświadczenie rodzica, którego miłość do dzieci współistnieje z desperacką tęsknotą za kilkoma godzinami samotności, ciszy, możliwością dokończenia własnej myśli. To literacki portret kobiety, która próbuje pogodzić bycie żoną, matką, naukowcem — i nieustannie zderza się z granicami własnej wytrzymałości.
Autorka zręcznie prowadzi nas przez te rozterki, łącząc je z wątkami historycznymi i naukowymi, które nadają Nocnemu czuwaniu dodatkową głębię. Na kartach powieści pojawiają się fragmenty książki pisanej przez Annę oraz XIX-wieczne listy pielęgniarki wysłanej na wyspę, by walczyć ze śmiertelnością niemowląt. Moss wplata te tekstualne odgałęzienia z finezją — są jak echo minionych dramatów, kontrapunkt dla współczesnego rodzicielstwa i przypomnienie, że problemy związane z opieką nad dziećmi mają długą i mroczną historię.
Pomimo objętości — prawie 500 stron — Nocne czuwanie to powieść zaskakująco kameralna. Mroczna, a jednocześnie ironiczna, czasem przerażająco szczera, ale też pełna czułości. Doskonale wpisuje się w nurt współczesnej literatury feministycznej, pokazując macierzyństwo bez fałszywej idealizacji, bez lukru, w całym jego chaosie, gniewie i zachwycie. Moss pozostaje jednocześnie antropolożką codzienności i znakomitą obserwatorką relacji. Z drobnych frustracji, nieprzespanych nocy i popękanych ambicji buduje opowieść o ogromnej sile emocjonalnej.
To książka, którą czyta się z narastającym poczuciem, że Moss dotyka czegoś zasadniczego: wstydu, zmęczenia, presji, miłości — wszystkich tych stanów, które składają się na doświadczenie rodzicielstwa, a które rzadko trafiają do literatury z taką szczerością. Nocne czuwanie to nie tylko powieść o matce. To powieść o kobiecie, która próbuje ocalić siebie w świecie pełnym sprzecznych wymagań. I o tym, że czasem największy dramat i największa siła kryją się w zwyczajnych, codziennych chwilach.
niedziela, 9 listopada 2025
Otwieram książkę i przez pierwsze kilkadziesiąt stron, czuję zapach jabłek i dusznego lata. Gdzieś w zakamarkach umysłu słyszę utwory Beatlesów i z wypiekami na twarzy, zasiadam razem z czwórką równych chłopaków wokół gramofonu, wsłuchując się w kolejne utwory brytyjskiego zespołu: Help, Yellow Submarine, Strawberry Fields Forever... Każdy utwór to osobny rozdział w czyimś życiu. W tak przyjemny sposób wciąga w swój świat norweski pisarz Lars Saabye Christensen. Wbrew temu jakie myśli nasuwa tytuł powieści, „Beatlesi” to nie książka o cudownej czwórce z Liverpoolu, a o cudownej czwórce z Oslo: o Kimie, Gunnarze, Oli i Sebie oraz o niezwykłej przyjaźni jaka ich połączyła.
niedziela, 26 października 2025
Przez całą lekturę „Wojny i terpentyny” Stefana Hertmansa towarzyszyła mi jedna myśl – jak mało w gruncie rzeczy wiemy o swoich przodkach, o rodzinie, o korzeniach. Kiedy jesteśmy mali, słuchamy różnych opowieści naszych rodziców lub dziadków o tym jak się poznali, co w życiu robili i w jakich czasach żyli. Ale to są zawsze tylko fragmenty wyrwane z przeszłości; rozdziały, które ciężko nam potem połączyć w kompletną powieść mającą swój początek – środek – i zakończenie. Dlatego uważam flamandzkiego pisarza Stefana Hertmansa, za ogromnego szczęściarza, bo dane mu było zaglądnąć do walizki pełnej wspomnień jednej z najbliższych mu osób. Miał możliwość poznać pożółkłe dzienniki swego dziadka i przekonać się ile w życiu zniósł i czego doświadczył.
„Teraz chciałbym ponownie usłyszeć ich opowieści ze szczegółami, bo jako dziecko byłem widzącym ślepcem, słyszącym głuchym.”
niedziela, 12 października 2025
„Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą. Dążyliśmy prosto w stronę nieba i kroczyliśmy prosto w kierunku odwrotnym. Mówiąc zwięźle, były to lata tak bardzo podobne do obecnych, że niektórzy z najhałaśliwszych znawców owej ery widzą w niej dobro i zło takie samo jak dzisiaj, tylko w nieporównanie wyższym stopniu.”- Charles Dickens, Opowieść o dwóch miastach
niedziela, 21 września 2025
„W podróży akceptuje się wszystko, oburzenie zostaje w domu. Patrzy się, słucha, zachwyca się najstraszniejszymi rzeczami, bo są nowe.”
To zdanie — jakby zapisane jednym tchem — doskonale oddaje stan umysłu, który towarzyszy mi przy każdej podróży. I może dlatego tak łatwo wpadłam w rytm tej książki. Czytając Canettiego, miałam wrażenie, jakby opisywał nie tylko Marrakesz lat pięćdziesiątych, ale także tę osobliwą zmianę percepcji, która ogarnia człowieka, gdy po raz pierwszy ląduje w świecie innym niż jego własny.
„Jego książka ma doskonałość i wiarygodność migawkowej fotografii”. W tym jednym zdaniu Roberto Calasso niezwykle trafnie określił styl noblisty Eliasa Canettiego. Czytanie „Głosów Marrakeszu” można przyrównać do oglądania albumu pełnego pięknych zdjęć z podróży. Na zdjęciach uchwycone są obrazy ludzi, zwierząt, miejsc, w których znalazł się autor. Jest tu intymność i prywatność mieszkańców Maroka.
W 1954 roku Elias Canetti towarzyszy angielskiej ekipie filmowej w Marrakeszu. Podróżując, pomija główne ulice miasta, zaszywając się w bocznych, ciasnych zaułkach, błądząc po dzielnicy żydowskiej mellah, odwiedzając pobliski targ. Fascynuje go zwykła codzienność jak kupno chleba na bazarze („Wybór chleba”), czy lot jaskółek nad dachami domów („Cisza domów i pustka dachów”).
Interesują go ludzie: grupa niewidomych modląca się na ulicy, dzieci żebrzące w pobliżu restauracji, kobieta stojąca w oknie, mówiąca coś do siebie w niezrozumiałym dla niego języku. Największe znaczenie odgrywają tu drobne szczegóły, niby niewiele znaczące detale.
„Głosy Marrakeszu” to dla mnie książka o patrzeniu — uważnym, cierpliwym, otwartym. O takim patrzeniu, które na długo zostaje w człowieku i zmienia sposób, w jaki widzi się świat.
niedziela, 7 września 2025
Założony w 1968 roku wysokogórski szlak Pacific Crest Trail, decyduje się przejść rocznie około 300 śmiałków. Nie są ich w stanie odstraszyć chłód, głód, dzikie zwierzęta czy też fizyczne wyczerpanie organizmu po tak długiej wędrówce. Bo to, co można znaleźć na ponad 4000 km trasy z pewnością jest w stanie wynagrodzić wszelki trud i wysiłek, a zdobyte doświadczenie może zmienić czyjeś życie, raz na zawsze. Tak właśnie było z Cheryl Strayed, amerykańską pisarką, która w 1994 roku, mając zaledwie dwadzieścia parę lat zdecydowała się zmierzyć z własnymi lękami, uporać z przeszłością i odnaleźć własną drogę do szczęścia w dziczy.
niedziela, 31 sierpnia 2025
Mniej więcej w tym samym czasie kiedy Jack Kerouac i jego przyjaciele rozbijali się po Stanach Zjednoczonych, dając początek nowemu nurtowi w kulturze i stając się wzorem do naśladowania dla niejednego zbuntowanego nastolatka, Europa również zyskała swojego obieżyświata – głodnego ruchu, przygód i poszukiwań duchowych. Był nim Nicolas Bouvier, dla którego już od dziecka świat jawił się jako niezwykle pociągające miejsce.
To między innymi za sprawą literatury obudził w sobie tę ciekawość. Od najmłodszych lat zaczytywał się w powieściach takich autorów jak R.L. Stevenson, Juliusz Verne czy Jack London. W domu, podczas kolacji, często gościli znani niemieccy pisarze: Thomas Mann oraz Hermann Hesse. W końcu – za namową ojca – rozpoczął swoje pierwsze podróże do Finlandii, Norwegii i na Saharę.
W 1953 roku Bouvier i jego przyjaciel Thierry Vernet wyruszyli z Genewy małym Fiatem „Topolino” z zamiarem dotarcia do Azji. Przemierzyli Jugosławię, Grecję, Turcję, Iran, Kurdystan, Pakistan, Afganistan, Indie i Cejlon. Podróż planowana na dwa lata stała się trzyletnim sposobem na życie, mimo że pieniędzy starczyło im jedynie na pierwsze cztery miesiące.
Pokonując liczne przeszkody, całkowicie poddali się losowi. Gdy zimą drogi zasypał śnieg, utknęli w małej miejscowości na dłużej, niż planowali – tam żyli, pracowali i zarabiali. Bouvier kierował się przekonaniem, że „wszędzie tam, gdzie żyją ludzie, tam przeżyje podróżnik”, co pozwoliło mu poznać codzienność i zwyczaje lokalnych mieszkańców.
Nad zebraniem zapisków w książkę pracował przez siedem lat. Po wydaniu w 1963 roku „Oswajanie świata” zostało uznane za swoisty dekalog podróżowania. Według autora, aby naprawdę zrozumieć świat, należy zrezygnować z własnych przyzwyczajeń i stereotypów oraz otworzyć się na nieznane.
To literatura podróżnicza szczególna – jej największą siłą jest styl: szczery, ludzki i pełen plastycznych opisów, które przywołują obrazy cygańskich taborów w Jugosławii, bazarów w Kurdystanie czy bezdroży Azji. Po tej lekturze naprawdę chce się ruszyć w drogę.
„Po moim powrocie wielu ludzi, którzy nigdy nie wyjeżdżali, mówiło mi, że podróżują równie dobrze, nie ruszając się z krzesła. Chętnie im wierzę. Ja – nie. Ja za bardzo potrzebuję tego namacalnego oparcia, jakim jest przemieszczanie się w przestrzeni…”
piątek, 22 sierpnia 2025
Zazwyczaj na swoje powieści każe czytelnikom czekać około dekady, ale kiedy już coś opublikuje możecie być pewni, że będzie to coś niezwykle dobrego! Jeffrey Eugenides, jeden z moich ulubionych współczesnych pisarzy, po raz kolejny wciąga do stworzonego przez siebie niesamowitego świata, w którym mitologia grecka przeplata się ze współczesnością i w którym raz jeszcze możemy być świadkami przełomowych momentów w historii.
Mowa tu oczywiście o nagrodzonej Pulitzerem w 2003 r. powieści „Middlesex”, do której napisania autor został zainspirowany lekturą Pamiętników Herculine Barbin. Dotknięty i zarazem rozczarowany losem XIX-wiecznej hermafrodyty, Eugenides postanowił spisać wędrówkę zmutowanego genu; recesywną mutację na piątym chromosomie jednego z członków greckiej rodziny Stephanides:
„… jak przeszła przez dziewięć pokoleń, dojrzewając niezauważalnie w zanieczyszczonej puli genów rodziny Stephanides(… ) jak opatrzność w przebraniu masakry wysłała ten gen ponownie w podróż, jak przeleciał niczym cząsteczka pyłku przez morze do Ameryki, gdzie przeniknął zanieczyszczone przez przemysł deszcze, aby w końcu upaść na Środkowym Zachodzie na żyzną glebę łona mojej matki.”
Czekając w poczekalni do świata Calliope (a może raczej Cal) przygląda się swoim przodkom i snuje barwną historię o tym jak przyszła na świat.
„Tej nocy mógł zostać stworzony ktoś inny niż ja, chociaż podobny do mnie. Na progu tłoczyła się nieskończona liczba możliwych tożsamości, a wśród nich ja – bez zarezerwowanego biletu.”
Z góry patrzy jak dziadkowie Lefty i Desdemona uciekają przed wielkim pożarem Smyrny, który miał miejsce we wrześniu 1922 roku. Porzucając Grecję i podnóża Olimpu postanawiają poszukać schronienia w Stanach Zjednoczonych stając się tylko kroplą w morzu napływających tam imigrantów.
Eugenides ciekawie wplótł dzieje rodziny w wiele ważnych i historycznych momentów z przeszłości, oddając w ten sposób atmosferę tamtych czasów. Możemy zatem przenieść się do fabryki Forda i zobaczyć jak funkcjonują pierwsze linie montażowe, jak traktowany jest zwykły pracownik, jak bardzo zróżnicowane jest Detroit pod względem etnicznym i jak żyli ludzie w czasach prohibicji i Wielkiego Kryzysu. Jesteśmy świadkami szmuglowania alkoholu przez granicę z Kanadą oraz wszelkich prób podążania za amerykańskim snem. Pisarz odtworzył na kartach powieści zamieszki na tle rasowym mające miejsce w 1967 i historię „Czarnych Muzułmanów” zajmujących getta Detroit. „Middlesex” stało się w ten sposób skarbnicą wiedzy o miastach, ludziach, o historii i kulturze.
Ta powieść jest o wiele bardziej złożona niż „Przekleństwa niewinności” czy „Intryga małżeńska”. Jest to rozbudowana i misternie utkana saga rodzinna połączona z próbą ukazania trudów dojrzewania i identyfikacji płciowej nosiciela wadliwego genu, hermafrodyty. Autor po mistrzowsku i z niezwykłą lekkością opisuje tematy trudne i niewygodne. Niczym lekarz opisał wszelkie aspekty biologiczne Cal dokładnie, prawdziwie i szczegółowo, przy czym wzbogacił to wszystko swoją wrażliwością i zrozumieniem dla głównego bohatera. Eugenides należy do takich pisarzy, którzy nie zawodzą. Po raz kolejny udowodnił swój talent pisarski oddając do rąk czytelników wspaniałą, hipnotyzującą i niezwykle wciągającą powieść.